Powiew tajemnicy

Z o. MARKIEM SZELIGĄ, przeorem klasztoru oo. Kamedułów na Srebrnej Górze pod Krakowem rozmawia Jakub Ciećkiewicz

- Wiem, że jest Ojciec krakowianinem, który po ukończeniu Akademii Ekonomicznej wstąpił do benedyktynów, jako zakonnik ukończył studia teologiczne i pełnił wiele różnych funkcji, a w latach 2001 - 2005 został opatem w Tyńcu. Proszę powiedzieć o sobie trochę więcej...

- Zawsze interesowałem się przedmiotami ścisłymi, pochłaniała mnie matematyka, studiowałem informatykę, jednak wybierając klasztor, szukałem takiego domu zakonnego, w którym ważne miejsce zajmuje modlitwa. Dlatego wstąpiłem do benedyktynów. I również dlatego po latach powołano mnie na Srebrną Górę. Wynika to z mojego najgłębszego pragnienia: kroczenia do Pana Boga na drodze modlitwy.

- W 1968 roku przeor benedyktynów tynieckich Piotr Rostworowski został przeniesiony na Bielany, gdzie wspaniale pokierował eremem kamedułów. Włożył biały habit, pozyskał nowicjuszy, był kierownikiem duchowym niezliczonej ilości osób, zbudował nowe pustelnie, poddał się rekluzji (całkowitemu odosobnieniu od wspólnoty zakonnej - J.C.). Zakończył życie w eremie Frascati, umierając w opinii świętości. Zanim zapytam, czy czuje się Ojciec jego spadkobiercą - wyjaśnijmy, na jakiej zasadzie benedyktyn przewodzi kamedułom?

- Kameduli należą do rodziny zakonów benedyktyńskich, podobnie jak cystersi czy trapiści. Wszyscy żyjemy według tej samej Reguły św. Benedykta, odmawiamy tę samą liturgię godzin, brewiarz... Jesteśmy mnichami, których życie skupia się wokół modlitwy i pracy. W ten sposób nawiązujemy do najstarszej tradycji Kościoła.

- To podobieństwa, a różnice?

- Kameduli pragną tworzyć wspólnotę pustelników. W ich życiu większy akcent położony jest na indywidualny kontakt z Bogiem.

- Mają surowsze obyczaje i więcej czasu poświęcają na kontemplację?

- Tak. W pustelni już o 3.30 bije dzwon. Zwołuje mnichów na poranne modlitwy. Potem, o 4.30, udajemy się do domków na lectio divina - czytanie duchowe, połączone z rozmyślaniem. O 5.30 odprawiamy jutrznię, a po niej mszę św. i modlitwę przedpołudniową, o 11.30 mamy różaniec i modlitwę południową, o 14.30 modlitwę popołudniową, o 17.30 nieszpory, od 18.00 lectio divina, a o 19.00 kompletę. Jak widać, modlitwa wpleciona jest w nasze życie, a dzień ułożony został tak, aby stworzyć najpełniejszą możliwość spotkania się z Panem Bogiem. Każdy z nas, całym sobą, całym swoim życiem, próbuje powiedzieć, że dla niego najważniejsze jest poszukiwanie Boga i wypełnienie Jego woli.

- Kameduli są jedynym polskim zakonem pustelniczym, a także zakonem kontemplacyjnym. Co to jest kontemplacja?

- Mówiąc jak najprościej, chodzi o zjednoczenie z Bogiem.

- Konstytucje zakonne wspominają, że niekiedy mnich, w akcie kontemplacji, "może zasmakować owoców życia niebieskiego". Pewien staruszek, kameduła, opowiadał mi o swoich doświadczeniach mistycznych. Po raz pierwszy osiągnął ekstazę duchową po pięciu latach modlitw w eremie: "To, czego doświadczyłem - mówił - nie było złudzeniem, choć te doznania obywają się bez słów - przez natchnienia. Za każdym razem towarzyszyła mi trzeĄwość myśli, skupiona uwaga, koncentracja na uzyskanej odpowiedzi. W końcu jej wypełnienie się w moim życiu. I przeżywałem wielkie poruszenie, radość - że jest Bóg, zachwyt - bo jest tak piękny, że można się Nim zachwycać przez całą wieczność. PóĄniej przychodzi dopiero oświecenie...". Rozumiem więc, że celem ascezy: postów, wyrzeczeń, wielu godzin modlitw, ciężkiej fizycznej pracy i samotności, jest nagroda w postaci "słodyczy kontemplacji".

- I tak, i nie.

- To znaczy?

- Odwołam się do obrazu przeżycia mistycznego Eliasza, który ukrył się na świętej górze Horeb i siedząc w grocie, cierpiąc niewygody, modląc się, doznał swego rodzaju spotkania z Bogiem. Najpierw nastąpiła wichura, potem trzęsienie ziemi, póĄniej ogień, lecz w tym wszystkim Pana Boga nie było. Dopiero potem, gdy usłyszał szmer powiewu, zakrył sobie twarz, bo wiedział, że On nadchodzi. Nasze życie jest również odejściem na świętą górę, Srebrną Górę, do samotni, aby spotkać się z Panem Bogiem. My również znajdujemy Go w szmerze powiewu - choćby w szepcie modlitw odmawianych w chórze kościoła. Sam fakt przebywania tutaj, życia na Bielanach, w Bożej obecności, niezależnie od tego, na ile subiektywnie odczuwamy ten związek - bardziej czy mniej - jest dążeniem do wypełnienia ideału mnicha. Wierzymy więc, że żyjemy w szmerze powiewu. I przychodzimy tu, aby znaleĄć się w obliczu Boga. Jednak nie wolno nam zakładać, że celem życia monastycznego ma być przeżycie czegoś niezwykłego, nadprzyrodzonego, mistycznego. Oczekiwać tego. Wszystko, o czym opowiadał panu stary mnich, może się zdarzyć, lecz nie musi. - Myślę, że ucieka Ojciec od ważnego pytania - zresztą Kościół w ogóle niechętnie mówi o kontemplacji. Tymczasem wielu hochsztaplerów, powołując się na wschodnie tradycje, organizuje zbiorowe medytacje, obiecując ich uczestnikom bezpośredni udział w spotkaniu z tajemnicą. Paradoks polega na tym, że adepci tych treningów nawet nie wiedzą o istnieniu kontemplacji czy medytacji chrześcijańskiej, dostępnej w doświadczeniu Kościoła. I tego zakonu. - Pan oczekuje ode mnie instrukcji na wizję?

- Niekoniecznie.

- To dobrze. Bo ja jej nie znam. Bóg jest dla mnie Osobą. Chce, abyśmy się coraz bardziej otwierali na siebie, na ludzi, na miłość, na Niego. I to jest droga rozwoju duchowego. Aby się stać lepszym człowiekiem - nie aniołem! Najgłębsza mistyka w Kościele katolickim, czyli bezpośrednie spotkanie człowieka z Panem Bogiem, odbywa się podczas Komunii Świętej, która nie została zarezerwowana dla wybranych. Wprost przeciwnie, jest dostępna każdemu wierzącemu. W każdym kościele. Kameduła ma większe możliwości głębokiego przeżywania zjednoczenia dzięki życiu pustelniczemu, z dala od trosk tego świata. Nie bez znaczenia jest też fakt, że uczestniczy w codziennej eucharystii sprawowanej w klasztorze, do której przygotowuje i doprowadza cała nasza liturgia, w atmosferze głębokiego skupienia, w samotności. Jednak doświadczenie zjednoczenia z Bogiem jest identyczne jak podczas każdej niedzielnej mszy świętej.

- A więc nie ma żadnej tajemnicy kamedułów?

- Wprost przeciwnie. Od 400 lat Pan Bóg wzywa wybranych ludzi, aby poszli za jego głosem na świętą górę. Aby porzucili wszystko, co mają, wyrzekli się świata i trwali w modlitwie za świat. To tajemnica powołania. Tajemnica Kościoła. Bo nikt z nas do końca nie wie, dlaczego został wezwany. Czemu służą nasze wyrzeczenia? Tego dowiemy się dopiero po śmierci. - Istnieje również tajemnica pustelni. - To miejsce jest święte, jest tajemnicą. To góra, gdzie objawia się łaska. A my, mnisi, mamy być strażnikami tajemnicy. I dlatego powinniśmy pozostać w ciszy, w oddaleniu, z dala od kamer, od magnetofonów - bo nie da się zarejestrować tajemnicy ludzkiego serca. - Wiem, że kameduli umierają i są żegnani przez współbraci w spokoju. Pewien starszy wiekiem zakonnik opowiadał mi, że oczekuje na śmierć - na wielkie spotkanie - z ogromną nadzieją i radością. On się nie boi, bo jego wiara stała się już wiedzą, bo znalazł to, czego szukał. - Tak, na pewno. Pustelnikowi, którzy żyje modlitwą, Bóg staje się bliski, staje się jego przyjacielem, a mnich nabiera pewności drogi, na którą wkroczył - dlatego spotkanie ze śmiercią jest czymś naturalnym, pięknym, pełnym pokoju. Jednak nasze życie, do końca, będzie życiem wiary! Nie staniemy się tutaj aniołami. Pozostaniemy zwykłymi ludĄmi. I wcale nie przeżyjemy świata inaczej niż nasi bracia za murami pustelni. - Mówi Ojciec, że cierpienie jest obecne w eremie. Związane z samotnością, starością... - Oczywiście. Jesteśmy do końca ludĄmi. Przeżywamy wraz z Panem Jezusem tajemnice światła, chwalebne i radosne, ale również bolesne. Doznajemy wszystkich słabości. Musimy zmierzyć się z własnym grzechem... - Nie jest chyba łatwo przewodzić kamedułom? Stać na czele tylu indywidualności? - Mnich wychodzi na pustynię, aby spotkać Boga, ale też człowieka, siebie samego, aby poznać swoje ciemne miejsca, słabości, aby podnieść krzyż - to doświadczenie każdego z nas. Przeor z natury rzeczy zajmuje się bardziej niż inni sprawami ludzkimi, spotyka się ze współbraćmi, osobami z zewnątrz, uczy się mądrości, szuka dobrych rozwiązań i to jest potrzebne, ważne - jednak musi mieć także czas na spotkanie z Bogiem. A klasztor Kamedułów mu to zapewnia.

- Widzę, że Ojciec, po dziesięciu miesiącach sprawowania urzędu, mocno wszedł we wspólnotę. Zauważyłem brodę, biały habit... Mówiliśmy wcześniej o Piotrze Rostworowskim - podąża Ojciec jego śladami? Stawia go sobie za wzór? Odczuwa bliskość?

- Na razie analogie między nami zauważają inni ludzie. Powiedzmy tyle: jestem benedyktynem, który z głęboką radością przyszedł, żeby pomóc braciom kamedułom. A przyszłość pokaże, jak się rozwinie ta sytuacja. Zobaczymy. - Co w ciągu tych dziesięciu miesięcy przeorowania udało się Ojcu osiągnąć? Pytam, przypominając zbiórkę społeczną "Dziennika Polskiego" na ratowanie bielańskiego eremu. Jak dotąd dwukrotnie przekazaliśmy po 120 tysięcy złotych na renowację dwóch domków pustelniczych, które wyglądają obecnie naprawdę wspaniale. 21 grudnia przekażemy kolejną uskładaną kwotę (114 tys. zł), a także 36 tysięcy zł pochodzących ze sprzedaży fotogramów z pamiętnej wystawy "Kameduli - 400 lat w samotności", w której miałem zaszczyt uczestniczyć jako jeden z autorów. Miło mi ujawnić, że fotogramy te nabyło Ministerstwo Kultury Węgier dla eremu w Majk. - Chciałbym, aby pieniądze ze zbiórki "Dziennika Polskiego" zostały przeznaczone na remont dwóch ostatnich domków. Ponieważ odkryto w nich zabytkowe polichromie i będzie wiele prac konserwatorskich, oba eremy wyremontujemy ze środków SKOZK oraz ze wspomnianej zbiórki. I tylko dzięki temu znacznemu zastrzykowi pieniędzy pierwszy domek odnowimy w całości jeszcze w tym roku. Muszę dodać, że jesteśmy bardzo wdzięczni "Dziennikowi Polskiemu", Wydawnictwu Jagiellonia SA, Czytelnikom, wszystkim ludziom, którzy się pięknie przyczynili do ratowania pustelni. Stąd płyną nasza wdzięczność i modlitwy. Kolejna sprawa, którą się obecnie zajmuję, to remont infirmerii i domu Wolskiego, gdzie za środki Unii Europejskiej powstanie centrum kontemplacji. Będzie to dom rekolekcyjny dla wszystkich, którzy chcą do nas przyjechać, modlić się wraz z nami, żyć naszym życiem. Niejako zatrzymać się w wirze codzienności i odnaleĄć siebie, by spotkać Boga. Zawsze istniała taka możliwość...

- Sam z niej skorzystałem trzynaście lat temu i do dziś nie mogę wyjechać z Bielan. Ciągle tu wracam - z aparatem fotograficznym, z magnetofonem, z przyjacielską wizytą, jak wielu innych, mnie podobnych, którzy otarli się o tajemnicę eremu. Na koniec chciałbym spytać, czego można życzyć Ojcu i wspólnocie podczas nadchodzących świąt?

- Życzyłbym sobie i wszystkim, aby nadchodzące święta posłużyły jak największemu zbliżeniu się do Boga. My tu, w pustelni, nieustannie spotykamy się z Bożą dobrocią, miłością, miłosierdziem - chcemy więc, aby to spotkanie było jak najgłębsze, jak najpełniejsze. O to się modlimy, do tego się przygotowujemy. A konkretnie dla nas, na Srebrnej Górze? Otóż każdy klasztor ma swój cel, sens i charyzmat. Chcielibyśmy, aby bielański erem pozostał miejscem pokoju, samotności, cichej modlitwy, spokojnego trwania mnichów, którzy tu przebywają od 400 lat i poświęcają całe życie Bogu. I choć może wielu ludzi nawet o tym nie wie, ważne żebyśmy tu byli, trwali, żeby nasza wiara wzrastała - zgodnie z tym, do czego zostaliśmy powołani.

Konstytucje Kongregacji Pustelników Kamedułów Góry Koronnej, Erem Góry Srebrnej - Bielany 1991:

"Kontemplacja jako niewyrażalne doświadczenie Boga znajduje szczególnie odpowiedni teren w naszej pustelniczej samotności. Istotnie, to właśnie w samotności i w milczeniu Pan chętniej i bardziej intymnie objawia się pustelnikowi, który myślą i sercem wychyla się poza ten świat ku Ojcu, pozwalając mu w niewymowny sposób doświadczyć swojej obecności, swojej dobroci i swojej nieskończonej miłości. Ale tylko ten, kto przejdzie pustynię oczyszczenia, wejdzie do obiecanej ziemi kontemplacji...". Thomas Merton, "Posiew kontemplacji": "...Następny krok nie jest w ogóle krokiem. Nie przenosisz się z jednego stopnia na drugi. Ale dzieje się jedno: oddzielna istność, będąca tobą, jakby zanika i nie pozostaje już nic poza czystą wolnością, nie odróżniającą się od wolności nieskończonej, poza miłością utożsamioną z Miłością. Nie ma już dwóch miłości, z których jedna czeka na drugą, szuka i woła drugiej - jest tylko kochająca Miłość Wolności. Czy nazwałbyś to doświadczeniem? (...) Tu zatracił się podmiot doświadczenia. Nie ma już ciebie, jest tylko Twoje urzeczywistnienie się. Jeśli wolisz - nie przechodzisz przez żadne doświadczenie - stajesz się Doświadczeniem (...) Ale tutaj wszelkie przymiotniki zawodzą. Metafory stały się również beznadziejne. Jeśli musisz, mów o ciemności, choć samo to wyobrażenie jest czymś za gęstym i za grubym. W każdym razie, to już nie jest znana ciemność. Możesz też mówić o próżni, ale to znów przywodzi na myśl unoszenie się w przestrzeni, a w tym przeżyciu nie ma nic przestrzennego. Jest to wolność. I doskonała miłość. I czyste wyrzeczenie się. I radowanie się Bogiem (....). A jednak i to jest dopiero początkiem...".

Dziennik Polski, 15.12.2006r.